Józef Stoncel (1907-1986) mój mistrz

(część 1)

Józef Stoncel był moim mistrzem. Podstawowa wiedza dotycząca wytwarzania ram do obrazów czy luster oraz technik pozłotniczych, którą przejąłem w pracowni na ulicy Braniborskiej we Wrocławiu, pochodziła od niego i jego nauczycieli.

Józef Stoncel w mundurze Lwów około roku 1826

Urodził się w 1907 roku we Lwowie. W 1922 roku, mając zaledwie 15 lat, został przyjęty na termin w zawodzie pozłotnika w lwowskiej pracowni Walentego Jakóbiaka mieszczącej się na ul. Zimorowicza 3. Od wieków w rzemiośle, zgodnie z tradycją, przyjmowano na naukę tak młodych uczniów, a czasem nawet młodszych. Młodociany uczeń stawał się wówczas domownikiem mistrza.

Ogłoszenie Jakóbiaka z 1929 roku w gazecie Nowy Wiek

Jak opowiadał Stoncel, pracownia była jego mieszkaniem – sypiał na posłaniu urządzonym w stole z otwieranym blatem, na którym w dzień wykonywano prace ramiarskie i pozłotnicze. Zaczynał pracę rano od przygotowania warsztatu, a kończył wieczorem sprzątaniem pracowni, kiedy mistrz i czeladnicy już wyszli.

W pierwszych latach nauki musiał wykonywać tylko podstawowe prace pozłotnicze, nazywane białą robotą. Do jego zadań należały między innymi: palenie w piecu, na którym podgrzewano kleje i zaprawy; gruntowanie ram i rzeźb; szlifowanie na mokro i na sucho; cyzelowanie obiektów; wykonywanie ornamentów z masy ramiarskiej i oklejanie nimi ram; kitowanie ram z wyklejonymi ornamentami, i oczywiście mycie naczyń, narzędzi oraz sprzątanie.

Józef Stoncel (drugi z lewej) w pracowni Walentego Jakóbiaka we Lwowie

Jedną z tych czynności było szlifowanie ram. Nie używano wtedy drogiego papieru ściernego. Do szlifowania zaprawy kredowej służył skrzyp polny , wiązany w pęczki. Stoncel tak wspominał ten okres:

Mistrz często wysyłał mnie na pola po skrzyp, którym dokładnie gładziło się powierzchnię. Tak przygotowane ramy pokrywało się warstwą podkładu ze specjalnych glinek. Kurze jajko służyło za ich spoiwo, czasem dodawano żelatyny. Położone następnie złoto polerowało się prawdziwymi agatami[1].

Z czasem dopuszczano młodego ucznia do trudniejszych prac i do tajemnic zawodu. Po paru latach, kiedy już zdał egzamin i został czeladnikiem, wykonywał głównie te trudniejsze zadania: cyzelowanie, złocenie w różnych technikach, patynowanie i lakierowanie wykończonych prac. Jednym z jego obowiązków było odnoszenie gotowych wyrobów do domu klienta.

Czeladnik Józef Stoncel i mistrz Walenty Jakóbiak przed kościołem w Tuchowie 1928

Z tą ostatnią czynnością wiązała się opowiadana przez mistrza Stoncla anegdota z tamtych lat:

Wysłał mnie kiedyś mistrz, abym klientowi, jakiemuś wysokiemu urzędnikowi, odniósł oprawiony obraz. Z jego miny widziałem, że mu się rama podoba. Kiedy jednak spojrzał na rachunek, kazał mi natychmiast odnieść obraz i powiedział, że partactwa nie potrzebuje. Przestraszony pobiegłem do zakładu. Mistrz tylko się uśmiechnął i… powiesił obraz. Za jakieś dwa, trzy tygodnie kazał mi go znowu zanieść, choć nic przy nim nie robiliśmy. Teraz rama bardzo się klientowi podobała. Cała tajemnica tkwiła w podwyższonym rachunku[2].

Niestety, nie zapytałem go dokładniej o jego lata spędzone we Lwowie, o Walentego Jakóbiaka. Bardzo tego żałuję, byłoby dużo łatwiej pozbierać okruchy przeszłości. Interesowały mnie wtedy najbardziej tajemnice zawodowe, praktyczna wiedza dotycząca technik i technologii pozłotniczych. O tym najczęściej rozmawiałem z mistrzem Stonclem. Dzisiaj wiem, że to nie wszystko.

Można założyć, że mistrz Stoncel uczestniczył w większości prac firmy Jakóbiaka od 1922 roku. O jednej z tych prac wiem jednak trochę więcej.

Ołtarz Matki Bożej Tuchowskiej w kościele O.O. Redemptorystów w Tuchowie, kartka od Pani Stoncel- okres międzywojenny

Po latach dowiedziałem się od wdowy po moim mistrzu, że pracowaliśmy w różnym czasie przy tym samym ołtarzu. Było to tak: po dłuższej nieobecności we Wrocławiu, związanej z pracami, które prowadziłem przy restauracji barokowego ołtarza w kościele oo. redemptorystów w Tuchowie, odwiedziłem Panią Stoncel. W trakcie rozmowy zauważyłem wiszący na ścianie obraz Matki Bożej Tuchowskiej. Pani Jadwiga powiedziała, że mąż jako czeladnik brał udział w pracach przy ołtarzu tuchowskim. Prace te miały być prowadzone w okresie międzywojennym przez ekipę lwowskiego rzeźbiarza i pozłotnika Walentego Jakóbiaka. Podobno młody czeladnik Józef spadł wtedy z rusztowania przy ołtarzu i wyszedł z tego upadku bez szwanku. Był przekonany, że pomogła mu Matka Boża Tuchowska, której obraz spostrzegłem u Stonclów w mieszkaniu.

Józef Stoncel (siedzi pośrodku) z kolegami we Lwowie

Dostałem wtedy od Pani Jadwigi starą pocztówkę z ołtarzem tuchowskim i zdjęcie ekipy pozłotników mistrza Jakóbiaka z młodym Józefem Stonclem, wykonane w Tuchowie. (No i jak tu nie wierzyć w przeznaczenie!)

Znałem dobrze ten ołtarz i dotyczącą go dokumentację. W pracy o historii tuchowskiego kościoła, którą wtedy czytałem, wspomniano jedynie o konserwacji wykonywanej w 1928 roku przez Józefa Krasnopolskiego ze Lwowa[3]. Dopiero relacja Pani Stoncel i zachowana fotografia grupy pozłotników w Tuchowie pokazały, że ołtarz tuchowski musieli złocić razem Walenty Jakóbiak i Józef Krasnopolski, koledzy z lwowskiego cechu.

Obraz M.B. Tuchowskiej na starej litografii

Jak większość dawnych mieszkańców Lwowa, rodzina Stonclów w 1945 roku musiała opuścić to piękne miasto. Nowe życie rozpoczęli we Wrocławiu.

Ciąg dalszy nastąpi.

[1] „Wieczór Wrocławia”, 1975, nr 302, s. 5.

[2] Tamże.

[3] Ks. Mieczysław Witalis C.SS.R., „Kościół N.M.Panny w Tuchowie”, Kraków 1960, s. 49.

napisał D.L. Sowizdrzał z Niedar

W tym tekście wykorzystałem akapity artykułu „Genealogia firmowa” napisanego w 2018 roku i opublikowanego w roczniku Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego „Parantele”

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *